sobota, 9 lipca 2016

PRL a IIIRP, ZSRS a UE



„Nie ma kryzysu, jest tylko ujemny wzrost gospodarczy”
Propaganda sukcesu z czasów tow. Gierka mało różniła się od dzisiejszego euroentuzjazmu i rzekomej „zielonej wyspy” (w sensie, że globalny kryzys nas omija dzięki świetnej kondycji polskiej gospodarki – zdaje się, że takie mniej więcej tezy dominują w oficjalnym przekazie medialnym). W latach ’70 XX wieku można było dowiedzieć się z gazet i telewizji, że Polska (Rzeczpospolita Ludowa, w skrócie: „PRL”) jest w pierwszej dziesiątce najszybciej rozwijających się krajów świata, a konkretnie – że jest na siódmym miejscu – globalnie (!). Dzieci uczyły się o tym w szkole, a większość dostępnych źródeł, włącznie z Rocznikiem Statystycznym i tabelami GUS, potwierdzało te informacje.

Polska była „bezpieczna” w oparciu o „niewzruszony sojusz ze Związkiem Radzieckim” i „bratnimi narodami obozu socjalistycznego”. Rzeczywisty poziom tego „bezpieczeństwa” ujawnił płk R. Kukliński: radzieckie plany inwazji na Zachód zakładały, że po rozpoczęciu ofensywy na teren Polski spadłoby nie mniej niż 400 głowic jądrowych, zamieniając kraj w radioaktywną pustynię. Z tego właśnie względu Kukliński zdecydował się na współpracę z CIA. Pozostałym oficerom Ludowego Wojska Polskiego wiedza ta w niczym nie przeszkadzała, szczególnie w korzystaniu z uprzywilejowanej pozycji w socjalistycznym społeczeństwie.

Co więcej, w dzisiejszej Polsce Ryszard Kukliński uchodzi za postać co najwyżej „kontrowersyjną”, czyli taką, która nie wiadomo czy postępowała dobrze, czy źle. Za to generał Jaruzelski nazywany jest „człowiekiem honoru” (A. Michnik) albo, co najwyżej, „postacią tragiczną” (bp Pieronek, prof. J:Staniszkis). Zamęt etyczny i światopoglądowy nasilił się w Polsce szczególnie od czasu przystąpienia do Unii Europejskiej, ale to temat na osobny artykuł, a raczej na wielotomową pracę książkową. Natomiast zapewnienia o „bezpieczeństwie” pozostały te same co dawniej, mimo praktycznego braku zdolnej do działania armii http://wiadomosci.onet.pl/kraj/polska-armia-nadaje-sie-tylko-na-defilade/ycwwe8.

„Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” – wszystkie wyrażenia w cudzysłowach to dosłowne cytaty z publikacji prasowych, książkowych, programów telewizyjnych i radiowych z lat ’70 i ‘80. Dzisiejsza rzeczywistość medialna wykazuje podobną jednorodność przekazu, mimo „wolnego rynku” mediów w „wolnej Polsce” (co charakterystyczne, wyrażenie „wolna Polska”, odmieniane na różne sposoby, pojawiało się w każdym wystąpieniu publicznym prezydenta RP w czasie prezydentury B. Komorowskiego. Dosłownie w każdym. Jeśli ktoś chce, może przeanalizować i sprawdzić).

Wątek polityczny pojawia się w tym tekście dlatego, że decyzje i wybory polityczne leżą u podstaw sytuacji ekonomicznej. Są także przez tę sytuację warunkowane. Być może atrakcyjna jest wiara, że politykę można usunąć z ekonomii i zostawić tylko „wolną rękę rynku” i „ciepłą wodę w kranie”, ale w takie rzeczy mogą uwierzyć tylko małe dzieci albo wyborcy byłego premiera Tuska, który w nagrodę za polityczne i ekonomiczne wyniki swej działalności w Polsce otrzymał „awans” na „króla Europy”, jak pisała o nim Gazeta Wyborcza (to nie żart; naprawdę tak pisali http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/tak-mieszka-prezydent-europy-donald-tusk/05j0nw6).

„Wolność” krajowego rynku medialnego w praktyce wygląda tak, że dominują na nim media lewicowe, skupione bądź wokół medialnej grupy Agora (założonej przez A. Michnika wspólnie z kilkorgiem innych potomków działaczy dawnej KPP), bądź w rękach niemieckich koncernów wydawniczych http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/media-w-polsce-do-kogo-nalezy-prasa-,138,0,1988746.html. Spółka Agora powstała w oparciu o pieniądze z Zachodu, przeznaczone na wspieranie NSZZ „Solidarność”.

Wspomniana KPP, czyli Komunistyczna Partia Polski, była organizacją zdelegalizowaną w dwudziestoleciu międzywojennym za działania przeciwko niepodległości Polski http://wpolityce.pl/polityka/183496-zebrowski-gdy-w-1989-powstala-oslawiona-gazeta-to-miala-okreslony-sklad-redakcyjny-michnik-luczywo-krzemien-wspolnym-mianownikiem-byly-kpp-owskie-korzenie-ich-rodzin.

Gazeta Wyborcza i pokrewne jej media gorliwie wspierają coraz ściślejszą zależność Polski od instytucji unijnych, w każdym możliwym aspekcie. Co ciekawe, chór entuzjastów UE stosuje argumentację bardzo przypominającą tę, która używana była niegdyś do uzasadniania istnienia tworu pt. „PRL”: że Polska pod rządami komunistów dynamicznie się rozwija, że są nowe drogi i mosty, czyli infrastruktura, inwestycje, możliwości kształcenia, dosłownie wszystko. A przede wszystkim – rośnie PKB i doganiamy Zachód.

Różnią się pewne szczegóły. Z PRL w zasadzie nie dało się wyjechać (jeśli chciało się zamieszkać za granicą, trzeba było uciec), natomiast z III RP łatwiej wyjechać niż zostać. Szczególnie gdy jest się człowiekiem młodym i wykształconym, albo mającym dobry zawód. Mimo radośnie rosnącego PKB i propagandy „zielonej wyspy”, tylko w ciągu pierwszego dziesięciolecia członkostwa w UE wyjechało z Polski 2,5 mln osób http://stat.gov.pl/download/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5471/11/1/1/szacunek_emigracji_z_polski_w_latach_2004-2014.pdf, i to jedynie wg oficjalnych danych GUS. Wypada zrobić tu zastrzeżenie, że metodyka zbierania tych danych nie jest doskonała. Ale kto mieszkał za granicą dłużej niż rok, najlepiej w jednym mieście, ten wie, że wzrastająca liczba napływających do danego miasta Polaków daje się zauważyć bez żadnej specjalnej metodyki.

Pod pewnymi względami skala i struktura emigracji ekonomicznej jest wskaźnikiem lepszym niż PKB (który wzrósłby także wtedy, gdyby polski rząd rozpoczął budowę piramid egipskich lub czegoś równie drogiego i niepotrzebnego, np. za pożyczone pieniądze). Niezłym wskaźnikiem wydaje się także dzietność, która w dzisiejszej Polsce wygląda katastrofalnie. Przyjmuje się, że współczynnik dzietności zapewniający zastępowalność pokoleń wynosi około 2,1. W Polsce na jedną kobietę rodzi się 1,33 dziecka (dane za ubiegły rok). Jesteśmy jednym z najmniej dzietnych państw na całym świecie https://www.wprost.pl/523361/Najnowsze-dane-Poziom-dzietnosci-w-Polsce-dramatycznie-niski.

Nawet, jeśli porównywać poziom życia między państwami UE w oparciu o produkt krajowy brutto (PKB) na mieszkańca, to ten podstawowy wskaźnik niewiele mówi o rozkładzie dochodów w obrębie jednego państwa i nie dostarcza informacji na temat czynników niemonetarnych, które mogą znacząco wpływać na jakość życia danej populacji. Zastosowanie PKB nie odzwierciedla faktu, że nie cały wypracowany produkt krajowy trafia do obywateli w postaci bezpośredniej (pensje – w Polsce niskie, stąd rozwój outsourcingu w różnych dziedzinach) lub pośredniej (świadczenia, zasiłki itp. – także niskie), bo część PKB transferowana jest w formie zysków za granicę. Dlatego lepszym wskaźnikiem jest PNB (produkt narodowy brutto), nie uwzględniający dochodów obcych firm działających w kraju http://www.naszdziennik.pl/ekonomia-gospodarka/30188,iluzja-sukcesu-gospodarczego.html.

W gruncie rzeczy PNB także nie jest wskaźnikiem miarodajnym, ponieważ z definicji dotyczy „podmiotów z danego kraju”. Osobą (prawną) jest więc także polski oddział zagranicznej firmy, więc zagraniczny producent również występuje w statystykach jako polski podmiot. Zależności pomiędzy państwami nie pozwalają na rzeczywiste oszacowanie, jaki kapitał jest tak na prawdę polski, a jaki zagraniczny. Oficjalnie, więc na skutek obecności obcych inwestorów „tracimy” niecałe 3,0% rocznie, choć tak na prawdę ten odsetek może równie dobrze wynosić kilkadziesiąt procent http://fairvalue.com.pl/finanse/ile-polski-rozkrada-zagranica/.

Wśród wskaźników sytuacji ekonomicznej i socjalnej należy uwzględnić także bezrobocie, jednak ocena tego zjawiska może się okazać równie myląca, jak wzrost PKB. W polskich mediach spotyka się głównie dane tzw. bezrobocia rejestrowanego. Od połowy 2004 r. stopa bezrobocia stopniowo malała, ale jednocześnie coraz bardziej wyraźny był rozdźwięk pomiędzy liczbą bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy, a liczbą osób pozostających bez pracy według BAEL (statystyka uznająca za bezrobotnych tylko tych, którzy pracują wg własnej deklaracji mniej, niż 2 godziny w tygodniu) http://rynekpracy.org/x/566379. Powyższe dane mogą prowadzić do wniosku, że sytuacja w Polsce nie jest może dobra, ale jest stabilna. Jednak stopa bezrobocia jest ilorazem liczby osób bezrobotnych i tzw. zasobu siły roboczej, a w Polsce zmniejsza się zarówno licznik tego ilorazu (liczba osób bezrobotnych), jak mianownik (cały zasób siły roboczej), z powodu starzenia się społeczeństwa i licznej emigracji zarobkowej.

Jakość wykształcenia może z litości pomińmy, skoro dwie najlepsze polskie uczelnie (Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski) znalazły się zaledwie w pierwszej pięćsetce najlepszych szkół wyższych na świecie http://kariera.forbes.pl/najlepsze-uczelnie-swiata-2015-ranking-cwur,artykuly,197237,1,1.html (a wg brytyjskiego „Światowego Rankingu Uniwersytetów 2015-2016" – poza pierwszą pięćsetką http://www.regiopraca.pl/portal/rynek-pracy/edukacja/wsrod-najlepszych-pieciuset-uniwersytetow-na-swiecie-nie-ma-polskiej-uczelni). Jeśli chcielibyśmy znaleźć dwie ważne dziedziny, w których członkostwo w Unii zdecydowanie nie pomogło Polsce, ponieważ wyraźnie odstają one od poziomu zamożniejszych krajów UE, byłyby to z pewnością edukacja i ochrona zdrowia.

Zajmijmy się inwestycjami, bo to właśnie inwestycje jako pierwsze przychodzą na myśli, kiedy szuka się pozytywnych stron obecności Polski w strukturach UE. Nowe inwestycje okazały się bardzo wdzięcznym polem wszelkiego rodzaju marnotrawstwa i nadużyć http://ryfinski.blog.pl/tag/przeplacone-inwestycje/, http://biznesalert.pl/opara-przeplacone-inwestycje-platformy/, http://www.przegladsportowy.pl/pilka-nozna,stadion-narodowy-w-warszawie-przeplacony-o-prawie-pol-miliarda,artykul,463304,1,279.html. Tymczasem dawne inwestycje, szczególnie zakłady przemysłowe, będące w swoim czasie dumą socjalizmu, przestały istnieć – także „dzięki” UE.


W sprawie upadłych polskich stoczni można się długo (i bezskutecznie) zastanawiać jak to jest, że stocznia gdańska została postawiona w stan upadłości decyzją unijnego komisarza, nakazującą zwrot wsparcia udzielonego przez polski rząd, a stocznie niemieckie w analogicznej sytuacji odwołały się od decyzji UE i działają nadal, po przejęciu udziału w rynku, który wcześniej należał do stoczni polskich http://www.bankier.pl/wiadomosc/Dlaczego-Niemcy-mogli-pomoc-stoczniom-2870228.html.

Wcześniejsze wzmianki nt. niektórych postaci krajowej sceny politycznej mogłyby sugerować, że za tak spektakularne „sukcesy” odpowiada konkretna opcja polityczna. Najprawdopodobniej tak nie jest. „Sukcesy” te odnosiło bowiem wiele ekip rządzących, jak wyszczególnia tekst posła A. Słomki (ani z PO, ani z PiS) z 2013 r. http://wpolityce.pl/polityka/149300-restrukturyzacje-przez-likwidacje-niemieckie-stocznie-przejely-rynek-na-ktorym-polskie-stocznie-podejmowaly-udana-konkurencje. Trwają po prostu „rządy unijne”.

Widać te rządy w każdej dziedzinie, choćby w energetyce. Polska pomaga utrzymywać reżim Putina, płacąc Rosji za gaz najwięcej w Europie http://www.platforma.org/forum/index.php?/topic/44836-ile-p%C5%82aci-europa-za-rosyjski-gaz/. Członkostwo w UE oznacza także dopłaty do emisji CO2, http://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/backloading-uderzy-w-polske/, zmienione zresztą z niekorzystnych na jeszcze bardziej niekorzystne w 2008 r., na własne życzenie polskiego rządu.

Jednocześnie od kilkunastu lat trwa w Polsce kampania medialna na rzecz budowy elektrowni atomowych http://biznes.trojmiasto.pl/PGE-rozpisze-miliardowe-przetargi-na-budowe-elektrowni-jadrowej-n94849.html, http://biznes.onet.pl/wiadomosci/energetyka/tchorzewski-nie-wycofujemy-sie-z-planow-budowy-elektrowni-atomowej/qvxb9t, których na Zachodzie nikt już nie chce http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1405955,Niemcy-wicekanclerz-ostrzega-Polske-elektrownie-atomowe-sa-najdrozsze. Skąd więc ta kampania? Może stąd, że atomowi lobbyści działający w Polsce dysponują rocznym budżetem ok. 20 mln złotych. Dziesięciokrotnie większym, niż Polska Agencja Atomistyki.

Wracając do porównania obecnej rzeczywistości z tamtą, z przełomu lat ’70 i ’80 ubiegłego wieku, nasuwa się refleksja że, podobnie jak wówczas, także dzisiaj o sprawach Polski decydują ludzie nie wybierani przez Polaków. Niegdyś było to tzw. Biuro Polityczne i członkowie aparatu partyjnego ZSRR – państwa, któremu Polska była całkowicie podporządkowana – gospodarczo, politycznie i militarnie, obecnie zaś ich rolę przejęli urzędnicy Komisji Europejskiej, których także nikt nie wybrał w wolnych, demokratycznych wyborach, a na pewno nie w Polsce.
Filip Adwent, lekarz i europarlamentarzysta urodzony w Strasburgu, w 2002 r. wydał książkę pt. „Dlaczego Unia Europejska jest zgubą dla Polski”. Kładł w niej nacisk na odróżnianie pojęć: „Unia Europejska” i „zjednoczona Europa”. Książka pokazuje, na czym polega utrata suwerenności po wstąpieniu do Unii Europejskiej http://nanophysics.pl/3books/Books/zguba_dla_Polski.pdf. Dzieje się to nie w drodze formalnej deklaracji, lecz na mocy zmiany obiektywnych stosunków prawnych. F. Adwent wskazywał na zagrożenia związane ze wstąpieniem Polski do UE, odbierał z tego powodu liczne anonimy i pogróżki. Zmarł 26 czerwca 2005 r. pod Grójcem w wypadku samochodowym, do którego doszło w niewyjaśnionych okolicznościach.  

Procesy zaistniałe w „wolnej Polsce” w ostatnim dwudziestopięcioleciu, które miały rzekomo zmierzać do odpolitycznienia instytucji państwowych i poprawy sytuacji ekonomicznej, zostały syntetycznie opisane w pracy zbiorowej pt. „Wygaszanie Polski 1989-2015” (wydawnictwo Biały Kruk) https://ewastankiewicz.wordpress.com/2015/03/10/wygaszanie-polski-1989-2015-ksiazka-nieprzyjemna/. Skutki gospodarcze i polityczne dziesięciu lat członkostwa Polski w Unii Europejskiej bardziej obszernie omawia publikacja autorstwa Edwarda Siarki www.edwardsiarka.pl/_plik/2TUQETWGjPTHq51AOXJZ.html, stawiająca tezy dokładnie przeciwne do optymistycznego raportu rządowego, opracowanego w tym samym czasie.

W czym więc rzeczywiście pomogła Polsce Unia Europejska? Z pewnością w szybkim pozbyciu się środków produkcji, w tym znanych marek handlowych, które w każdym kraju byłyby dumą gospodarki http://www.madeinpolska.net/firmy-wyprzedane/. To samo dotyczy większości przemysłu ciężkiego. Wszak jeszcze w 1987 r., podczas wiedeńskiego spotkania ministrów spraw zagranicznych OBWE, sowiecki minister Edward Szewardnadze na pytanie o stosunek Sowietów do zjednoczenia Niemiec odpowiedział, że ZSRR nie ma żadnych zastrzeżeń a tylko jeden warunek – że między zjednoczonymi Niemcami a Sojuzem będzie ustanowiona strefa buforowa, tzn. obszar rozbrojony i pozbawiony przemysłu ciężkiego http://www.naszdziennik.pl/mysl-felieton/88895,najgorsze-warianty.html. Tak się zaś składa, że między Niemcami a ZSRR (czyli Rosją) leży Polska.

Nawiasem mówiąc, polska granica z Rosją jest stale otwarta na odcinku ok. 100 km (chodzi o granicę z tzw. obwodem kaliningradzkim, którą od strony rosyjskiej przekracza kto chce i z czym chce http://bezdekretu.blogspot.com/2014/05/trzeba-zamknac-granice-z-kaliningradem.html). Unia Europejska aktywnie pomaga Polsce także w przyjmowaniu nieokreślonej liczby niezidentyfikowanych imigrantów z krajów arabskich, ale na pewno nie w przyjęciu setek tysięcy Polaków pozostałych na Wschodzie po „zmianie granic” w wyniku II wojny światowej, czyli po utracie przez Polskę 2/3 przedwojennego terytorium. W tej drugiej sprawie nie dzieje się nic, chociaż już w 2010 r. pod projektem ustawy repatriacyjnej autorstwa M. Płażyńskiego zebrano 215 tysięcy podpisów. Za to w kwestii rozmieszczenia w Polsce muzułmańskich uchodźców ciągle dzieje się coś nowego http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1509225,UE-przeglosowala-decyzje-o-podziale-imigrantow-Polska-cofnela-swoj-sprzeciw.

Podsumowanie? Może takie: http://bibsy.pl/MW1Hy2F2/taka-jest-magia-unii-1-stocznie-upadly-2-cukrownie-pozamykano-3-kopalnie-w-likwidacji-4-mlodziez-wyjechala-za-granice-do-pracy-5-banki-w-ponad-60-przejete-przez-kapital-zagraniczny-6-media-w-90-przejete-przez-kapital-zagraniczny

sobota, 14 listopada 2015

“Boże, Coś Polskę” - Cz. 2



Tragedia smoleńska, której wyjaśnienie rząd polski w całości powierzył Rosji (na terenie której dwukrotnie uległa eksterminacji elita polskiego państwa; w 1940 r. w Katyniu, a 70 lat później - nieopodal, pod Smoleńskiem) i powstałe w następstwie wnioski komisji rosyjskich i polskich, sprzeczne z dostępnymi danymi i prawami fizyki, pozostają symbolem zależności Polski od potężnego sąsiada. Nie jedynym. Są jeszcze: nieustalone dotąd sprawstwo kierownicze zbrodni komunistycznych, np. zamordowania bł. księdza Jerzego Popiełuszko, rosyjsko-niemiecki rurociąg, blokujący dużym statkom dostęp do portu w Świnoujściu, i wiele innych faktów, opisanych m.in. w książce "Wygaszanie Polski", wydanej w 2015 r.

Chociaż w kraju podobno jest coraz lepiej, stara pieśń coraz bardziej komuś przeszkadza. 3 października 2015 r., podczas widowiska na krakowskim rynku, aktorzy śpiewają parodię "Boże, coś Polskę" z szyderczym tekstem, wyśmiewającym duchowieństwo. Na melodię tej pieśni chór "Czarnych" wykonuje odę do "Mamonny". Widowisko, oparte na motywach "Monachomachii" Ignacego Krasickiego, zostało sfinansowane przez radę miejską Krakowa.

Nadal skrzętnie obserwuje się i roztrząsa kto, kiedy i jak śpiewa "Boże, coś Polskę". W maju 2015 r. dziennikarka telewizji TVN24 (myląc zresztą "Boże, coś Polskę" z "Rotą") pyta Andrzeja Dudę, kandydata partii Prawo i Sprawiedliwość w wyborach prezydenckich, czy śpiewa w Kościele słowa "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie" czy "Ojczyznę wolną pobłogosław Panie". Andrzej Duda odpowiada, że modli się tak, jak chce, i że pragnie Polski wolnej od korupcji i innych patologicznych zjawisk. Dziennikarze komentują także wykonywanie tej pieśni przez Jarosława Kaczyńskiego.

W listopadzie 2015 r., po wyborach parlamentarnych wygranych przez PiS, Gazeta Wyborcza donosi: “18 kwietnia 2015 roku, msza na Wawelu w ramach obchodów piątej rocznicy pogrzebu Lecha i Marii Kaczyńskich. (...) Zgromadzeni śpiewają pieśń "Boże, coś Polskę". Przychodzi czas na refren i... Jarosław Kaczyński z całych sił woła: "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie".
11 listopada 2015 roku, msza na Wawelu w intencji ojczyzny. Już po dwóch wyborczych zwycięstwach PiS. Modlą się m.in. Jarosław Kaczyński, kandydat na premiera Beata Szydło (...). Znów po mszy słychać melodię pieśni "Boże, coś Polskę". Tym razem jednak słyszymy zmianę w treści refrenu. Jarosław Kaczyński, wraz ze wszystkimi uczestnikami mszy, śpiewa: "Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie". Niecałe siedem miesięcy i tak diametralne zmiany”.

Równocześnie na portalu medialnym niezależna.pl pojawiają się opinie, że od teraz należy zrezygnować z najbardziej związanego z polską tradycją tekstu "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie", i śpiewać "pobłogosław". W Gazecie Polskiej postulują to m.in. Tomasz Sakiewicz i Janusz Szarek. W środowisku Prawa i Sprawiedliwości uważa się widocznie, że sam fakt wygranych wyborów prezydenckich i parlamentarnych w 2015 r. upoważnia do zmiany wersji pieśni. Czy rzeczywiście?

Czy wobec tego zakończyły się już zjawiska świadczące o zależności Polski od Rosji i Niemiec? Czy Polska odważyła się przeciwstawić narzuconym jej limitom emisji dwutlenku węgla, które wcześniej zgodziła się zamienić z niekorzystnych na jeszcze bardziej niekorzystne? Czy nie płaci za rosyjski gaz ziemny o 40% więcej niż Niemcy? Czy odzyskała choćby dowody rzeczowe katastrofy smoleńskiej: wrak samolotu, czarne skrzynki, wszystkie przedmioty należące do ofiar? Czy rozliczone zostały zbrodnie komunistyczne, a ich ofiary otrzymały zadośćuczynienie? Czy nie odnawia się i nie pielęgnuje pomników, upamiętniających żołnierzy rosyjskiej Armii Czerwonej, zamiast upamiętniać polskich bohaterów narodowych, którzy w osamotnieniu walczyli o wolność i niepodległość? Przykładów aż nadto.

"Boże, coś Polskę" jest żywą częścią polskiej historii i, podobnie jak cała polska historia, podlega manipulacjom i zniekształceniom, dokonywanym przez media i ludzi władzy. Wielu chciałoby tę pieśń okiełznać i przykroić do własnych potrzeb. W czasach PRL słowa: “Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” były wyrazem pragnienia wolności i jednocześnie świadectwem jej braków. Taką samą funkcję i znaczenie mają dzisiaj.


“Boże, coś Polskę” - Cz. 1


Pieśń "Boże, coś Polskę" ma niemal dwieście lat i nadal wzbudza emocje, podobnie jak w XIX wieku. Pieśń powstała w 1816 r. Rok wcześniej skończył się Kongres Wiedeński, którego jednym z postanowień było utworzenie kadłubowego państwa polskiego, nazwanego Królestwem Polskim (inaczej "Kogresowym").

Królestwo to było de facto prowincją Rosji. Powstało z ziem zagarniętych wcześniej przez Rosję w drodze rozbiorów i pozostawało związane z Rosją unią personalną (car Aleksander I występował równocześnie jako król Polski). Znalazł się Polak który, dla "uczczenia" pierwszej rocznicy tego faktu, napisał wiernopoddańczy "Hymn na rocznicę ogłoszenia Królestwa Polskiego", czyli pierwowzór pieśni "Boże, coś Polskę". Muzykę do pierwotnego tekstu skomponował Jan Nepomucen Kaszewski, podporucznik piechoty i skrzypek-wirtuoz.

Nowa pieśń, zawierająca słowa “Przed twe ołtarze zanosim błaganie, naszego Króla zachowaj nam Panie!” nie zdobyła większego uznania, ponieważ doskonale było wiadomo, że rzekomy “nasz Król” oznacza w rzeczywistości rosyjskiego cara. Niewielu Polakom taki tekst przechodził przez gardło, toteż zaczęły powstawać wersje alternatywne. W czasie Powstania Listopadowego upowszechnia się tekst anonimowego twórcy, który zmienia refren na: “Naszą Ojczyznę racz nam wrócić, Panie”.

Pieśń z nowymi słowami tak się rozprzestrzenia, że uzyskuje status hymnu narodowego. Władze rosyjskie wydają zakaz jej wykonywania, powszechnie ignorowany. W trzydziestą rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego, przed kościołem Karmelitów w Warszawie, student Szkoły Sztuk Pięknych Karol Nowakowski donośnym głosem intonuje "Boże, coś Polskę", po raz pierwszy publicznie śpiewając zmienioną wersję ostatniego wersu refrenu: “Ojczyznę, wolność, racz nam wrócić Panie”.

Odtąd "Boże, coś Polskę" wykonywano już bez większych zmian. Pieśń w tej wersji, najbardziej umocnionej w tradycji, towarzyszyła Polakom w Powstaniu Styczniowym 1863 r. i później, aż do odzyskania niepodległości w 1918 r. Pieśń ta przywiodła Polskę ku wolności. 11 listopada 1918 r. tłum, śpiewając właśnie tę pieśń, zapłakał ze wzruszenia przy słowach: “Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”.

Słowa “Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie” zaśpiewano po raz pierwszy dopiero w wolnej Polsce. Słowa te brzmiały tak długo, jak międzywojenna niepodległość, niecałe dwadzieścia lat. Koniec II wojny światowej nie przyniósł Polsce wolności. Powstała PRL, marionetkowe państwo komunistyczne, znów okrojone terytorialnie (przesunięcie granic na zachód, kosztem Rzeszy niemieckiej, nie równoważyło utraty Kresów, na których pozostały miliony Polaków i najpiękniejsze miasta Rzeczypospolitej: Lwów i Wilno) i znów podporządkowane Rosji (Związkowi Socjalistycznych Republik Sowieckich).

W okresie PRL (Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej) tradycyjny tekst "Boże, coś Polskę" sprzed 1918 r. podlegał cenzurze, zupełnie jak w czasach carskich. "Władza ludowa" za pośrednictwem swych funkcjonariuszy i konfidentów pilnie rejestrowała informacje o osobach, które ośmielały się śpiewać “Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. Mimo to właśnie tę wersję śpiewano najchętniej, szczególnie w kościołach, ponieważ przestrzeń publiczna poza Kościołem była kontrolowana przez komunistyczną władzę, obcą i wrogą zarówno Kościołowi, jak narodowi.

Podczas pierwszej wizyty Jana Pawła II w Polsce, w czerwcu 1979 r., z przejęciem obserwowano Papieża podczas śpiewu "Boże, coś Polskę". Wpatrywali się w niego zarówno wierni, jak agenci i funkcjonariusze reżymu. Wszyscy chcieli zobaczyć jaką wersję tekstu wybierze. Jan Paweł II lubił śpiewać i słynął z zamiłowania do polskich pieśni, ale tej jednej nie śpiewał. Nie zamierzał dawać władzy i uległym jej dziennikarzom (a wszyscy byli ulegli, inaczej nie mogliby być dziennikarzami) pretekstu do ataków, ponieważ publiczny śpiew “Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” był równoznaczny ze stwierdzeniem stanu braku wolności w Polsce, czyli ze sprzeciwem wobec partyjnej władzy.

Nowe władze, wybrane w 1989 r. po "Okrągłym Stole" (częściowo przez naród, a częściowo przez poprzednie władze komunistyczne, aby mogły one zachować pełną kontrolę nad gospodarką, polityką zagraniczną i wewnętrzną oraz mediami), stwarzały pozory w pełni demokratycznego ustroju, swobód obywatelskich i niezawisłości państwa. Zaczęto śpiewać “Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie”. Wkrótce jednak ten śpiew zaczął zamierać na ustach. "Okrągły Stół" okazał się mistyfikacją, a zdyskredytowani członkowie komunistycznego aparatu władzy - najlepiej urządzonymi ludźmi w nowej Polsce. Jednocześnie komunistyczni generałowie Kiszczak i Jaruzelski nie stali się "ludźmi honoru", którymi ogłaszał ich Adam Michnik. Słowa: “Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” znów stały się źle widziane przez władzę i jej dziennikarzy.

Po katastrofie smoleńskiej 10 kwietnia 2010 r., kiedy w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach poniósł śmierć prezydent Lech Kaczyński, jego małżonka i dziewięćdziesięcioro czworo pozostałych członków polskiej delegacji, prezydentem został Bronisław Komorowski. Wygłosił on mowę w hołdzie ofiarom katastrofy podczas uroczystości żałobnych w Warszawie, na Placu Piłsudskiego. Wystąpienie było pozbawione wyrazu i spotkało się z chłodnym przyjęciem licznie zgromadzonego tłumu. Nowy prezydent twierdził, że "po 1989 r. odzyskaliśmy wolność", a po katastrofie smoleńskiej "państwo zdało egzamin". Przemówienie kończyło się słowami:Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie”. Oklasków nie było.